czwartek, 4 maja 2017

1. Droga do nikąd

Udało jej się zabrać tylko kilka najpotrzebniejszych rzeczy. Kilka ubrań, skór, coś do jedzenia i topór. Nie było czasu, na spakowanie swojego dorobku. Uciekła. Biegła ile sił w nogach. Wbiegła do lasu. Dopiero tam zgubiła swoich wrogów. Szybko się zmęczyła. Stanęła gdzieś w środku puszczy. Wsłuchała się w ciszę i głośno przełknęła ślinę. Szum drzew, śpiew ptaków i jej ciężki oddech było słychać w całym lesie. Zdjęła wór z pleców. Usiadła na kamieniu, który był pokryty mchem. Fauna i flora była tu taka spokojna, beztroska. Ile ona by dała, aby mogła tak spokojnie żyć! Spojrzała na niebo. Nie było na nim ani jednej chmurki. Oparła głowę o ręce.
– Odynie, czymże się zasłużyłam, że sprowadziłeś na mnie takie nieszczęście? – wysapała.  
Nie miała siły się podnieść. Wiedziała, że musi iść dalej, że nie może tu zostać. Wciąż była za blisko wioski. Mogli ją znaleźć i zabić. Znaleźliby i rozszarpali jak głodne zwierzęta. Zebrała w sobie siły i ruszyła przed siebie.





Dwa miesiące później

Siwy dym wznoszący się ku niebu dał jej nadzieję. Niedaleko musiał znajdować się jakaś osada, cywilizacja. Miała nadzieję, że dotarła do wioski, w której mieszka jej wuj. Cała rodzina mieszkała w Götland. Tylko jedna osoba postanowiła odkryć nowe horyzonty. Wyfrunął z rodzinnego gniazdka. On też był jedyną nadzieją kobiety na schronienie. Tyle dni już wędrowała, była wykończona! Chciała wypocząć, najeść się, mieć pewność, że będzie w końcu bezpieczna. Na ostatniej resztce sił, doszła do najbliższego domku. Gdy zauważyła małą owieczkę, która kręciła się koło jej nóg, poczuła ulgę. Przyśpieszyła kroku. Wzięła głęboki oddech, stojąc przed drewnianą chatą.
– W Kattegat – oznajmił.
– Daleko do głównej wioski?
– Kierując się na północ, dojdziesz do targów.
– Dziękuję – uśmiechnęła się.
Spojrzała w niebo. Było południe. Nie trudno było wyznaczyć kierunek marszu. Przeszła małą, rolniczą wioskę, puste pola i dotarła do pierwszych rzemieślniczych chat. Już z daleka było widać ludzi, którzy się tam kręcili. Było ich sporo. Kobiecie wydawało się, że zeszło się tam pół wioski, aby dostać buty, zamówić kotwicę, czy piec. Przeszła sporo kilometrów i nigdzie nie minęła żadnej żywej duszy. Teraz cieszyła się z grupki ludzi, która chciała kupić chleb od najlepszego piekarza w wiosce. Przechodząc tak koło nich, przyglądała się im uważnie. Oni jej również, a dokładnie jej miedzianym włosom. Dla nich była to abstrakcja. Jedynie bruneci i blondyni rodzili się tu i umierali. Każdy wlepiał w nią wzrok. Czuła się przez to niepewnie. Nałożyła kaptur na głowę.
Chata, której szukała, stała niedaleko rynku. Koło niej była niewielka łąka, gdzie pasły się kozy, a w ogrodzie rosły marchewki. Ściany domu były białe – jedyne w Kattegat. Taki domek mógł należeć tylko do jednego wikinga. Ucieszyła się na jego widok.  
– Walkiria? – nie mógł uwierzyć mężczyzna, gdy stanęła przed nim rudowłosa.  
– Wuj Haralt – skinęła głową z delikatnym uśmiechem.
To właśnie tego mężczyznę szukała. Dobrze pamiętała, gdzie mieszka. Wywędrował tu jako młody chłopak. Nie chciał siedzieć wraz z rodziną. Pokłócił się z nimi bardzo mocno. Nie chciał ich widzieć. Dlatego dotarł aż tu i został wojownikiem. Oddał się wojnie, dopóki nie założył rodziny. Teraz miał dwóch silnych i przystojnych synów oraz dwie piękne córki. Tę czwórkę dzieci urodziła mu jego żona, którą kochał do szaleństwa. To dla niej wracał z wojen, żył.
Cała rodzina przyjęła ciepło Walkirię. Ciotka nie mogła nacieszyć się jej przybyciem. Ostatnio widziała ją, gdy bawiła się z kozami, a teraz stała tu przed nimi ze swoim dobytkiem. Dzieci widziały ją tylko dwa razy w życiu, ale szybko się z nią zaprzyjaźniły. Ciekawiła ich jej osoba – silna kobieta, wędrowniczka, która spędziła większość życia na samotnych wędrówkach, wojowniczka, której nikt nie chciał wziąć pod swoje skrzydła. W Götland kobiety w armii były czymś niedorzecznym. Marzyła, aby to zmienić. Ailla poczęstowała wędrowniczkę ciepłym posiłkiem – zupa oraz kawał jagnięciny. Dziewczyna dawno nie widziała na oczy takich rarytasów. Szczerze podziękowała za to kochanej kobiecie.  
– Długo wędrujesz, dziecko? – spytała ciotka, owijając się skórą z lisa.
– Ponad czterdzieści dni i czterdzieści nocy. Droga do tej wioski nie jest prosta…
– I tak cię podziwiam, że tu dotarłaś. Nie jeden próbował i nie dał rady…
– Wojowniczki już tak mają. Nie poddają się – uśmiechnął się Haralt. – Udało ci się coś uratować?
– Kilka szmat, skór i bezcenny topór – odpowiedziała ze smutkiem w głosie.
– Nie martw się – Ailla położyła jej rękę na ramieniu. – Chodź, pokażę ci, gdzie możesz spać. Ale pamiętaj – dodała poważnie – musisz odwiedzić Króla. Powinien wiedzieć o twoim przybyciu.
– Oczywiście.
Walkiria nie spodziewała się wygodnego, słomianego łóżka ze skórami. Jednak dostała coś lepszego – strych. Miejsce, gdzie znajdowały się wszystkie, nieużywane rzeczy. Ailla zostawiła ją, aby się rozgościła. Wór ze swoim dorobkiem zostawiła w kącie. Odnalazła sporo ciekawych, praktycznych (bardziej lub mniej) rzeczy, z których zrobiła sobie sypialnie. Stary paśnik, który od wielu lat stał tu bez dachy, posłużył jej jako łóżko. Wyścieliła go słomą. Na nią położyła kilka skór, które jeszcze nadawały się do użytku. Prawdopodobnie były to trofea Haralta, który przez krótki czas pasjonował się polowaniami. Dębowe krzesła były przysłonięte czterema ogromnymi poduszkami. Rudowłosa zastanawiała się, do czego kiedyś mogły służyć. Teraz były częścią jej łoża. Jeszcze tylko coś, czym mogła się przykryć. Jedna ze skrzyń była wypełniona nieużywanymi kocami i baranimi skórami. Jakież było zadowolenie Walkirii, gdy zobaczyła, co znajduje się w środku!
Gdy łóżko było już gotowe, postanowiła wypakować wór, który tyle dni niosła ze sobą. Rozwiązała rzemyki i usiadła przy nim. W środku znajdowały się jej futra, na gorszą pogodę, wygodne buty, kilka ubrań oraz topór, który zawsze był przy niej i drewniana figurka, którą niegdyś wystrugała jej matka. Walkiria uśmiechnęła się sama do siebie, gdy zobaczyła te rzeczy. W domu zostawiła ich o wiele więcej. To, co tu miała, było jej naprawdę potrzebne lub miało dla niej ogromną wartość sentymentalną. Ubrania złożyła i położyła na skrzyni, resztę rzeczy schowała do wora.

***

Poranek dla rudowłosej był trudniejszy niż dla reszty rodziny. Biedna dziewczynie ledwo co zmrużyła w nocy oko. Nie mogła przyzwyczaić się do nowego miejsca. Wreszcie zaznała nieco spokoju, mogła odpocząć. Wtedy przypomniało jej się wszystko, co było związane z tragedią w Götland. Każdy krzyk, każda prośba o pomoc, każda modlitwa – wszystko to wróciło do niej w snach. Koszmary kończyły się gwałtowną pobudką. Walkiria wstawała i przechadzała się po domu lub podwórku. Księżyc powoli szykował się do spokojnego snu, nie to, co ona. Siedząc tak po raz kolejny na ganku, zauważyła, że zza linii horyzontu wynurza się słońce.
– Czas zabrać się do pracy – westchnęła, wiedząc, że nie ma już co marnować czasu na sen.
Wróciła na strych. Po drodze spotkała Finn’a – najstarszego syna Heralta. Różniło ich zaledwie pięć lat różnicy. Chłopak miał już siedemnaście lat i towarzyszył ojcu w wyprawach. Walczyć uczył się od najmłodszych lat. Zawsze chciał być jak swój idol – Heralt. Chciał być tak samo silny, tak samo odważny, chciał się szczęśliwie zakochać i założyć rodzinę. O Walkirii dowiedział się pewnej spokojnej nocy, gdy płynęli na zachód. Ojciec miał wartę, a jemu nie chciało się spać. Chciał, aby opowiedział mu o swoim bracie i jego rodzinie. Nigdy o nich nie wspominał. Zawsze był to temat, na który nie chętnie rozmawiało się przy stole. Teraz byli sam na sam, mogli odbyć męską rozmowę. Wyznał mu wszystko o jego starszym bracie, o rodzinie w Götland, o tym, co tam zostawił. Wspomniał również o rudowłosej i o tym, że nie może się spełniać tam, gdzie żyje. Finn’owi zrobiło się żal dziewczyny. Potem słuch o niej zaginął. I było tak cicho aż do poprzedniego dnia.
– Dlaczego tak wcześnie jesteś na nogach? – zdziwił się. – Sądziłem, że po takiej podróży będziesz spać do południa – zaśmiał się.
– Miałam nieprzespaną noc… Muszę się przyzwyczaić do nowego miejsca – zaśmiała się sztucznie. – W dodatku nie ładnie tak spać, gdy inni pracują. Powinnam się jakoś odwdzięczyć twoim rodzicom za to, że pozwolili mi tu mieszkać. Obiecałam Ailli, że oporządzę zwierzęta.
– Chętnie ci pomogę! Kozioł potrafi czasami porządnie się postawić.
– Dziękuję – uśmiechnęła się. – To… to bardzo miło z twojej strony – zająkała się. – Ale czy mogłabym mieć jeszcze jedną prośbę?
– Nie ma  problemu. Cokolwiek zechcesz.
– Mógłbyś pokazać mi, oczywiście po wschodzie słońca, gdzie mieszka niejaki Ragnar Lothbrok? Potrzebuję z nim porozmawiać…
Finn z przyjemnością zgodził się ją zaprowadzić do Pana. Najchętniej oprowadziłby ją po całym miasteczku. Kobieta nie wykazywała takiej ochoty, dlatego nawet nie proponował. Rudowłosa jeszcze raz podziękowała młodzieńcowi i wróciła na strych. Założyła robocze ubranie, pożyczony fartuch ciotki i była gotowa do pracy. Przechodząc przez kuchnię, zabrała paszę dla kur. Zadaniem Walkirii było nakarmienie zwierząt, czyli kur, osła i baranów, wypuszczenie ich na dwór oraz sprawdzenie, czy w kurniku nie ma żadnych jaj. Nie było to nic nowego dla niej. W domu zajmowała się tym na co dzień. Rano obowiązki, po południu trening, wieczorem chwila wytchnienia.

~*~

W samo południe Walkiria postanowiła spotkać się z Panem. Finn, tak jak obiecał, zaprowadził ją do niego. Po drodze opowiedział jej nieco o Kattegat. Kto mógł lepiej znać to miejsce, niż wiking, który mieszka tu od urodzenia? Ta mieścinka, otoczona niemalże ze wszystkich stron górami, okazała się mieć bardzo ciekawą historię i wyjątkowych mieszkańców. Rudowłosa słuchała z zachwytem, co cieszyło bardzo młodzieńca.
– Mogę się spytać o coś… nietypowego?
– Tak, proszę – odpowiedziała ze swobodą, aby nie czuł się skrępowany.
– Dlaczego nosisz kaptur? Tutaj tylko wieszcz go nosi…
– Nie lubię, gdy ludzie zwracają na mnie uwagę. Ciągle ktoś gapi się na moje włosy. Gdy je zakrywam, to chociaż nie oglądają się za mną. Przez ten kolor jestem inna, zdążyłam już nieco przywyknąć, jednak nadal nie cierpię ich wzroku – westchnęła.
Finn poczuł się, jakby uraził kobietę. Nie chciał zrobić na niej złego wrażenia, dlatego nie drążył tematu. Jednak Walkiria często dostawała takie pytania. Nie było to dla niej nic nowego. Zawsze budziła pewne kontrowersje. Mało kto wiedział, że płynęła w niej krew zachodu, czyli szkocka. Jej dziadek był pierwszym rudzielcem, który odważył się zostać z wikingami. Życie chciało, że zakochał się w pięknej Skandynawce. Przypieczętowaniem ich miłości były narodziny Artis – matki Walkirii. I tak już zostało. Była inna.
Wielka Sala znajdowała się w samym sercu Kattegat. Mieszkał w nim sam Ragnar Lothbrok wraz z żoną – Lagerthą oraz synem Bojorn’em i córką Gydą. Ragnar był królem. To właśnie tu znajdował się jego tron, tu były podejmowane najważniejsze decyzje, odbywały się uczty, podczas których zbierała się cała wioska. Teraz Walkiria stała przed wejściem. Czuła się niepewnie. Finn poszedł załatwić kilka spraw. Była zdana na siebie. Nie takie rzeczy były ci strasznie, pomyślała. Zrobiła pewny krok naprzód. W środku panowała cisza. Drobny szmer podwładnych dochodził z daleka. O wiele głośniejsze było trzaskające drewno, które paliło się na środku Sali. Rudowłosa rozglądała się uważnie dookoła. To miejsce przypominało jej Świątynie Pana w Götland. Założenie było takie same – dom i miejsce rozpraw. Przyglądając się tak, stawiała małe kroki naprzód. Była tak zamyślona, że nawet nie zauważyła, kiedy przyszedł sam Ragnar Lothbrok.
– Szukasz kogoś? – spytał łagodnie, stojąc naprzeciwko tronu.
Ruda gwałtownie odwróciła się w jego kierunku. Jej oczy były wielkie jak monety. Nie trzeba było zgadywać, że wystraszyła się go. Rozśmieszyło to Ragnara. Zaśmiał się pod nosem, siadając. Kobieta nie widziała w tym nic zabawnego. Widząc, jak się zachowuje, domyśliła się, że to król. Któż inny rozsiada się na najważniejszym miejscu w Wielkiej Sali? Szybko podeszła do tronu. Chciała, chociaż w jakimś stopniu, zrobić na sobie dobre wrażenie. Uklęknęła przed nim.
– Ciebie szukam, Panie – odpowiedziała cicho. Mężczyzna skinął głową i kazał jej wstać.
– Po co przychodzisz? Nie widziałem twojej twarzy wcześniej – odpowiedział, przyglądając się jej dokładnie. Prześledził każdy jej centymetr ciała, zaczynając od czubka głowy, na stopach kończąc.
– Dopiero wczoraj tu przybyłam. Uciekłam z Götland, gdzie odbył się mord na prawie całej wiosce. Zaatakowali nas ludzie z południa. Tylko nielicznym udało się uciec. Na szczęście byłam jedną z nich… Przybyłam tu do Haralta. Jest on moim wujem. Ailla powiedziała mi…
– Zdejmij kaptur – poprosił, przerywając jej. Kobieta zrobiła to z niechęcią. Nie wyraziła tego grymasem. Bardziej zaniepokoił ją to, jak zareagował mężczyzna. Był zaskoczony. Ragnar lubił dziwactwa. Inny kolor włosów nie był dla niego problemem. Wręcz przeciwnie – dziewczyna zyskiwała w jego oczach.
– Wiec… Ailla powiedziała mi, abym poinformowała cię, Panie, o swoim przybyciu…
Zapadła cisza. Lothbrok wciąż wlepiał wzrok w jej lekko falowane, miedziane włosy. Gdy zorientował się, że kobieta przestała mówić, odwrócił wzrok i chrząknął. Raz jeszcze spojrzał w jej oczy – błękitne.
– Zatem… miała rację. Dobrze, że tu przyszłaś. Masz gdzie mieszkać? – zaciekawił się, wstając
– Obecnie goszczę u wuja.
– Eeee tam – skrzywił się, podrzucając orzech. – Powinnaś mieć swój zakątek – zdecydował. – Trzy dni temu odszedł pewien staruszek. Nie miał dzieci ani żony. Niewielką chatę zostawił po swojej śmierci na wzgórzu. Teraz może być twoja.
– Dziękuję bardzo, Panie – ucieszyła się, klękając przed nim. Chciała pocałować go w rękę, jednak ten szybko się wycofał. Podał jej dłoń, aby wstała.
– Dziwnie się czuję, gdy przede mną klęczysz – zauważył, przyglądając się jej piegom. – Nie rób tego więcej, proszę.
– Oczywiście – skinęła głową.
– Twój wuj na pewno wie, gdzie mieszkał Ivar. Sam z resztą pomagał temu poczciwemu staruszkowi – westchnął, siadając ponownie na tron. – Pamiętaj, aby się im odwdzięczyć. W życiu nie ma nic za darmo…
– Pomagam Ailli przy dzieciach i w domu. Zawsze dodatkowe ręce się przydają…
– Masz jakieś umiejętności? Coś, czym mogłabyś się tu zająć.
– Sądzę, że pomaganie w domowym gospodarstwie będzie najlepszym zajęciem dla mnie – odpowiedziała nieco smutniej. Nie chciała wspominać o tym, że pasjonuje się walką i ćwiczy tę sztukę od małego. Obawiała się, że i on ją wyśmieje, a dopiero co pozwolił jej tu mieszkać. Ruda była również zaklinaczką zwierząt. Dobrze o tym wiedziała. Nie jednego wilka oswoiła na samotnej wędrówce, gdy inni bali się do nich podejść. Świetnie również jeździła konno i dogadywała się z nimi tak, że były łagodne, jak baranki.
– Skoro tak sądzisz, tak musi być – odparł, trzymając dłoń na zaroście. – Dziękuję, że przyszłaś – pożegnał ją.
Walkiria raz jeszcze skinęła głową z lekkim uśmieszkiem. Odwróciła się na pięcie w stronę wyjścia. Rozcięta sukienka zdradzała dużą bliznę na jej łydce. To jeszcze bardziej przykuło wzrok króla. Podniósł się z tronu ponownie, aby dłużej wodzić za nią wzrokiem. Jednak nic z tego.
– Zacięcie przy pracach domowych? – mruknął sam do siebie.
– Co tam mówisz? – zaciekawiła się Lagertha, opierając się o drewnianą kolumnę.
– Mamy nową mieszkankę, wiesz? – powiedział, idąc w kierunku kobiety.   



        


Witam, witam  wrzuciłam pierwszy rozdział nowego opowiadania. Nie powiem, że się cieszę, ale też mi głupio, że trochę z tym zwlekałam. Chciałam poczekać na szablon. Mam nadzieję, że spodobał Wam się rozdział i zachęcam do komentowania :)